
Przyznam się szczerze, że nie byłem na bieżąco w ostatnich latach z nowościami od Infected Mushroom i nie jestem pewien, w którym dokładnie momencie odeszli od swojego korzennego, psy-trance’owego brzmienia.
Nawet ubiegłoroczna edycja Audioriver nie zachęcała mnie wcale do przybycia na ich koncert – choć wydawałby się mogło, że jako wielbicielowi psy-trance’u nie wypada nie pojawić się tam. Po przesłuchaniu „tego” co mieli zaprezentować na AR, stwierdziłem, że jednak daruję sobie. To nie był mój błąd i nie mam czego żałować. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu ich najnowsza kompilacja Army of Mushrooms, wydana 08.05.2012, na której pojawiło się 13 utworów.
Wcześniejsze nagrania, miały dużo z tym gatunkiem – psy trance, mam na myśli– jednak po tej płycie, panowie z Infected powinni zdecydowanie zmienić nazwę albo po prostu zakończyć swoją długo wypracowaną karierę – bo jeśli o mnie chodzi, to że zyskali wielu fanów, nie oznacza wcale, że wcisną im każde wydane tego typu gó..o choćby nie wiadomo jakim gó...m było.
Projekt tych muzyków to jedno z największych objawień izraelskiego psytrance’u po erze goa. Pianina, flety, gitary akustyczne i elektryczne, skrzypce, wiolonczele, chóry - to tylko niektóre z narzędzi, które duet wykorzystywał do tworzenia swego niepowtarzalnego i oryginalnego psytrance’u. Główną cechą twórczości Infected Mushroom to jednak barwne acidowe linie kreujące niezwykle oryginalne melodie. W swoich utworach gościli Crazy Dana - Dan Lavi ze swoimi gitarowymi wstawkami w utworach takich jak „None Of This Is Real”, „Unbalanced (Baby Killer Rmx)”, „P.G.M.” czy „Dancing With Kadafi” który, nieraz powodował radość i szczęście w duszy. Ich niewątpliwemu talentowi służyły oryginalne brzmienia, które ja wspominam jako mocne, energiczne, zakręcone i groteskowe a przede wszystkim kwaśne. Nie wątpliwie jest to fakt pierwszoplanowy.
O dziwo zmienili swój pogląd i poszli nie co inną ścieżką – bo płyta ta ujrzała światło dzienne dzięki labelowi Dim Mak – Stev’a Aoki.
Są chyba jednym z niewielu przykładów na aż tak głęboki stylistyczny fikołek, że aż trudno jest jednoznacznie określić, czy to jedynie przygoda czy całkowita zmiana ich stylu?
Jeśli zmiana stylu to jest to fikołek z dużym naciskiem na dub step – doskonale klasyfikuję się tu utwór Nevermind, choć nie brakuje też elementów breakbeat’u, glitch hop, elektro, czego dobrym przykładem jest The Rat oraz drum’n’bass’ - cover Foo Fightrs – The Pretender.
Można by twierdzić, że geniusz tego zespołu polega na tym, że nie próbują się wpasowywać w jakiś gatunek, sami go tworząc i porównywanie ich do innych (zwłaszcza brzmienia) nie ma sensu, choć to dziwna teoria – ale teorie są po to, by je obalać.
W ich głowach na pewno pozostały ślady starego I-M, czego najlepszym dowodem jest Serve My Thirst i doskonale o tym przypomina.
Osobiście przywykłem do ich starego stylu. Więc po prostu NIE KUPUJĘ tego albumu – w przenośni i dosłownie. Jako że jest to tylko recenzja płyty w moim wydaniu – napiszę w niej co mi się podoba a właściwie - co nie podoba.
Ogólnie nie podoba mi się ta płyta i nikomu jej na siłę nie będę polecał. No chyba, że znajdzie się „miłośnik” tego gatunku – bo ja osobiście się do niego nie zaliczę – choć czasem posłucham czegoś dla odmiany. Dla mnie wydanie ok. 60zł za tę płytę – to zmarnowane pieniędzy, a czas trwania 85:57 - to zmarnowany czas.
Tracklista:
01 – Never Mind
02 – Nothing to Say
03 – Send Me an Angel
04 – U R So Fucked
05 – The Rat
06 – Nation of Wusses
07 – Wanted To
08 – Serve My Thirst
09 – I Shine
10 – Drum n’ Bassa
11 – The Pretender
12 – The Messenger 2012
